
Artykuł sponsorowany
W związku z wejściem w życie 25 maja 2018 r. Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych (RODO) zmieniamy naszą Politykę Prywatności i Regulamin Portalu.
Prosimy o zapoznanie się ze zmianami. Więcej informacji na temat przetwarzania Twoich danych osobowych znajdziesz tutaj:
Zamknij oknoByło o faktach, mitach i jednostce, której prom ustępował miejsca przed katastrofą.
Trzy godziny trwało wczoraj (11.04) spotkanie na temat katastrofy promu Jan Heweliusz w Chojnicach. Miejska biblioteka gościła dziennikarza badającego katastrofę, ratownika SAR oraz członka załogi uratowanego z promu. Dziennikarz radiowy Roman Czejarek skrupulatnie opowiedział o swoich ustaleniach na temat tragedii. Od budowy promu, przez okoliczności zatonięcia, po temat jednostki, którą prom miał w krytycznym momencie omijać.
Pierwszy nad rejon akcji nadlatuje niemiecki śmigłowiec Bundeswehry. Ten śmigłowiec, żeby wyciągnąć ludzi, powinien opuścić linę i powinien no albo opuścić ratownika na tej linie albo przynajmniej dać szansę tym ludziom, żeby na tej linie się jakoś uczepili i wciągnąć ich na górę. Ale żeby opuścić taką linę, trzeba zawisnąć idealnie nad miejscem gdzie mamy rozbitka, albo tratwę. Ale wiatr wieje 140-150 km/h, zmieniając bez przerwy kierunek. To oznacza, że śmigłowiec nie stoi w miejscu. On musi lecieć 150 na godzinę w przeciwnym kierunku
Roman Czejarek
Mówił dziennikarz Roman Czejarek.
Na spotkaniu był także dyrektor Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa Sebastian Kluska. On przybliżał trudności, z jakimi mierzyli się ratownicy.
W momencie, kiedy zatonął Heweliusz, na Bałtyku wystąpiły warunki pogodowe, które nigdy później nie nastąpiły drugi raz. Na promie "Silesia" na wiatromierzu skończyła się skala. Nigdy po 93 roku, po 14 stycznia, takie warunki już nie wystąpiły. Ja nie mówię, że one nigdy więcej nie wystąpią, aczkolwiek taka sytuacja według danych Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej już się nie wydarzyła.
Sebastian Kluska
Zaznaczał dyrektor Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa Sebastian Kluska.
W czytelni biblioteki na pytania zebranych odpowiadał także ocalały drugi elektryk z Heweliusza Grzegorz Sudwoj. Odniósł się między innymi do procesu w Izbie Morskiej oraz kwestii innego statku, który znalazł się na kursie kolizyjnym z Heweliuszem.
W tej atmosferze, kiedy Jasia Lewandowskiego uważano za niekompetentnego oficera. Właśnie z awansu, nie po studiach, jak ona zaczął tłumaczyć izbie, że pojawił się statek z prawej burty, któremu on musiał ustąpić drogi, to izba powiedziała: wie pan co? Daj pan spokój, nie wymyślaj pan jakichś historii, bo tego statku nikt nie widział. Natomiast ten statek był. Znaczy ja go nie widziałem na własne oczy, ale z Jasiem rozmawiałem, jak żeśmy już wracali do Polski ze szpitala i on mi o tym statku powiedział.
Grzegorz Sudwoj
Relacjonował Grzegorz Sudwoj.
Ocalały przyznał, że nie jest żadnym bohaterem, bo "dał się jedynie uratować".
Słuchaj w: