Rzadko widzimy za szybą góry piasku, częściej płaskie tereny, na których co jakiś czas można zauważyć kupki usypanych kamieni. - W ten sposób Berberowie znaczą sobie miejsca, w których trzeba skręcić w głąb pustyni, gdzie mają obozowiska – tłumaczy Bartek.
Kilka razy przejeżdżamy przez mosty, pod którymi widać dna rzek. Woda płynie w nich tylko w porze deszczowej. Nieliczne miasta na trasie są miłym urozmaiceniem. W jednym z nich chcemy zatrzymać się na nocleg, ale gdy już mamy wypakowane z kaczki wszystkie bagaże, hotelarz niespodziewanie podwyższa cenę. Krótka dyskusja i szybka decyzja: jedziemy dalej! Nie będzie dziś wygodnego łóżka ani prysznica. Zamierzamy podróżować przez noc i prawie cały kolejny dzień, aż dojedziemy do oddalonej o jeszcze kilkaset kilometrów Dakhli.
Trasa wiedzie tuż nad oceanem. Razem z Arkiem oglądamy wschód słońca, bo to akurat nasza pora czuwania, Daniel i Jacek zmieniali się za kierownicą przez prawie całą noc. Na chwilę zatrzymujemy się, by podziwiać klify i fale rozbijające się o skały – widok zapiera dech w piersiach. To nagroda za wiele godzin spędzonych za kółkiem i kolejną nieprzespaną noc.














