Przyjechaliśmy w nocy, na oświetlonym Dżemaa el-Fna straganiarze już zwijali stoiska. Udało nam się jeszcze spróbować ślimaków. Sprzedawca gotuje je w całości w słonawej i przyprawionej wodzie.
Do późna przygotowywaliśmy relacje z podróży, ranek też spędziliśmy nad laptopami. Kilka minut na suku to zdecydowanie za mało, żeby obejrzeć choć część tego, co oferują miejscowi kupcy. Kolorowe torby, tradycyjne babouches, czyli marokańskie klapki, naczynia ze stożkowatą pokrywką do tadżinu – tradycyjnej potrawy z mięsem i warzywami, biżuteria, torby, przyprawy, kasety z miejscową muzyką – suki są ogromne, a w krętych uliczkach i zaułkach można się zgubić. Rzeźnicy sprzedają wielkie płaty mięsa, kowale kują żelazo, inni sprzedawcy specjalizują się w suszonych owocach, dywanach, kosmetykach czy koszach. Ogromny targ jest podzielony na mniejsze, m.in. suk ze skórami, suk farbiarzy, stolarzy czy jubilerów. Na placu w dzień można napić się świeżego soku z pomarańczy albo podejrzeć zaklinaczy węży czy kobiety malujące na dłoniach wzory henną. Żałujemy, że tak szybko musimy wyjeżdżać.
Blog uczestników podróży
Pełen kolorów Marrakesz
Na pewno chcemy jeszcze kiedyś wrócić do Marrakeszu, bo miasto jest urokliwe, a spędziliśmy w nim tylko jeden wieczór.














