Czasami wyrazy tak samo brzmiące mają inne znaczeni.
Chyba nikogo to nie dziwi, bo tak to jest ze slangiem branżowym.
W leśnym języku mamy wiele zabawnych słów. Jednym z nich jest badyl i różne z nim związane wariacje. Bo przecież badyl to uschnięta łodyga rośliny, pozbawiona liści lub potocznie roślina o długich łodygach. W gwarze myśliwskiej badyle to nogi łosia albo jelenia.
I pozostańmy chwilę przy myśliwych, bo badylarz to byk łosia lub daniela, którego poroże ma postać kilku palczasto rozstawionych odnóg. Inni badylarze, bo tak w czasach mojego dzieciństwa nazywano prywatnych ogrodników, którzy zapełniali lukę warzywno-kwiatową powstałą na rynku przez nieudolną gospodarkę centralistyczno – nakazową. Tak właściwie to dzisiejszy program miał być o badylarce, kuzynce myszy polnej, ale przez ten przydługi wstęp zabrakło mi już miejsca. Więc o mysim alpiniście, który dylu, dylu buja się na badylu już wkrótce.













