Kiedy wybuchła II wojna światowa, Urszula Steinke z Chojnic – wtedy mieszkanka Brus – miała 14 lat. O swoich wojennych wspomnieniach opowiedziała Arkowi Jażdżejewskiemu. Posłuchaj rozmowy:
"Do 1939 roku wiodło nam się dobrze"
– Mój ojciec miał fabrykę grzybów, skupował grzyby i wysyłał za granicę. Poza tym mieliśmy wędzarnię węgorzy, które wysyłaliśmy nawet do Szwecji. Bardzo dobrze nam się powodziło - wspomina Urszula Steinke.
- Mieliśmy duże kontakty z przedsiębiorstwami niemieckimi, do Gdańska woziliśmy towary. Jednym słowem do 1939 roku wiodło się nam bardzo dobrze. Naprawdę nic nam nie brakowało, bardzo dobrze się nam żyło.
Pakowanie w pośpiechu i "Mała Księżniczka". Ostatnie dni przed wojną
– W sierpniu mówiło się już bardzo dużo, że będzie wojna. Nie wiem dlaczego mój ojciec tak bał się Niemców. Z nimi tyle miał kontaktów, ale bał się bardzo.
– Wszystkie cenny rzeczy moi rodzice pakowali do skrzyń, które nasz krewny w Kosobudach zakopał w ogrodzie. A futra i takie rzeczy wysłali do Warszawy. Paczki zrobili i wysłali do Warszawy, bo ojciec się nosił z tą myślą, że do Warszawy pojedzie.
– 27 sierpnia ojciec zabrał szóstkę dzieci, nas było ośmioro i pojechaliśmy do Warszawy. Moja mama została z dwójką chłopców, starszych braci, którzy w razie wybuchu wojny mieli do nas dotrzeć, bo mieliśmy dwa samochody - jeden ciężarowy, jeden osobowy - i tym Renault mieli do nas do Warszawy dotrzeć.
– W Warszawie zamieszkaliśmy w hotelu "Metropol". Mój ojciec chodził na stację i chciał odebrać paczki, które wysłaliśmy, ale tam były takie tłumy na dworcu, że nie można było po prostu nic znaleźć, także to wszystko, co wysłaliśmy do Warszawy, to wszystko przepadło.
Pani Urszula przyznaje, że kilka ostatnich dni spędzonych w Warszawie to dla niej był jeszcze czas beztroski.
– Ojciec z nami poszedł do kina. Pamiętam, że był śliczny film "Mała Księżniczka" z Shirley Temple i nam się bardzo podobał, bo w Brusach kina nie było. I ojciec nam po prostu tak uprzyjemniał te chwile w Warszawie.
1 września 1939 r. - Bombardowania i ucieczka
– 1 września jeszcze spaliśmy rano i przyszła ekipa z tego hotelu i zamalowała okna na niebiesko, bo już było wiadomo, że jest wojna. Mieszkaliśmy tam jeszcze kilka dni, potem były te bombardowania. Były naloty, ale nie chodziliśmy do schronów, do piwnicy, tylko w pokojach siedzieliśmy.
– Ojciec miał znajomego odbiorcę, Żyda. I on miał w Świdrze, koło Otwocka domek letniskowy i on poprosił, żebyśmy tam zamieszkali. Ojciec z nami pojechał do Świdra, moja mama miała tam dotrzeć. Po kilku dniach dotarła, także rodzina była w komplecie.
– Ojciec w Świdrze kupił konia i wóz, uciekaliśmy dalej przed Niemcami. I dojechaliśmy aż do Łukowa - to było powiatowe miasto w Lubelskiem. Zawsze wieczorem jak jechaliśmy, patrzyliśmy, gdzie są duże stodoły, bo tam się przenocowaliśmy, albo na sianie albo na słomie. Chcieliśmy wrócić do Brus, ale przed Niemcami uciekaliśmy.
– Każde dziecko miało zawiązane na szyi 50 zł, na wypadek jakby się zgubiło. No i tak jechaliśmy: ojciec powoził, chłopcy szli obok wozu, a mama siedziała i my, dziewczyny siedziałyśmy w wozie. I tak dojechaliśmy do tego Łukowa.
– Po drodze mijaliśmy bardzo dużo uciekinierów, którzy również uciekali przed Niemcami i spieszyli się do Rumunii, także na tej drodze był bardzo wielki ruch.
– Potem z Łukowa dotarliśmy do takiej małej miejscowości, nie pamiętam dobrze, ale chyba to był Łąg i tam właśnie nas zajęli Niemcy.
– Jak Niemcy nas zajęli, to każdy miał mieć tak zwaną Kennkarte, zaświadczenie [kartę rozpoznawczą - przyp. red.]. I mój ojciec poszedł do tego biura, gdzie ci Niemcy wydawali te Kennkarty i co się okazało? Tym Naczelnikiem był mojego ojca kolega, który z nim razem służył w wojsku niemieckim. I on ojcu wypisał bardzo dobre zaświadczenie. Jak dostaliśmy to zaświadczenie, to powiedzieliśmy, że jedziemy do Brus z powrotem.
"Naszego kierowcy już nie było". Powrót do Brus
– Do Brus wróciliśmy chyba na początku października, ale dokładnej daty już nie pamiętam. Z tym, że jak byliśmy w Brodnicy, ojciec podszedł do niemieckiego policjanta i zapytał się o drogę do Brus, a on, ten policjant powiedział "ci wszyscy, którzy uciekali przed Niemcami powinni być natychmiast rozstrzelani". Ojciec wrócił cały blady i mówił "szybko, szybko do Brus". To było straszne.
– Jak dotarliśmy do Brus, na dole w naszym domu na dole swoje biuro miała policja, a u góry nasze mieszkanie było i tam zostawiliśmy moją ciocię, ona tam była. Tak mieszkanie było w porządku, zastaliśmy je tak, jak zostawiliśmy.
– Nasz kierowca z tego samochodu ciężarowego to był Żyd - Artur Eliasz się nazywał - i jak wróciliśmy z Warszawy, to już go nie było. Okazało się, że jakiś Niemiec po niego przyszedł, zabrał go i miał go zaprowadzić do Rytla. Ale za Kosobudami jest taki las i on go tam zastrzelił. Tak, że jak wróciliśmy, to już tego kierowcy nie było.
– Trzeba było bardzo uważać, nie można było mówić po polsku. W domu cicho mówiliśmy, żeby Niemcy nie słyszeli. Ja musiałam chodzić do szkoły niemieckiej, takiej Berufsschule [szkoła zawodowa - przyp. red.], także nie było wesoło.
– Jak się szło, na ulicy też trzeba było po niemiecku mówić, biada, jak ktoś mówił po polsku. Tego bardzo się trzeba było wystrzegać.
– Były różne wiadomości, człowiek się dowiadywał, że tego nie ma, tego nie ma, ten jest w lagrze, także stale jakieś wiadomości były.
"Przyszli Niemcy, ojciec się z nami pożegnał"
– A potem był ten tragiczny dzień 17 listopada, kiedy zabrali mojego ojca. Z tym, że przedtem przyjechali Niemcy, z którymi ojciec prowadził interesy. Chcieli zabrać ojca, żeby ten czas, kiedy biorą Polaków, żeby u nich przebywał, ale ojciec powiedział "jak ja pojadę, to zabiorą matkę i ośmioro dzieci zostanie bez opieki", więc musiał niestety zostać z nami.
– 17 listopada 1939 roku zabrali ojca. Pamiętam, że ojciec się pożegnał z nami, podszedł do święconej wody, przeżegnał się, z każdym się pożegnał no i...
– 18 listopada otrzymaliśmy od ojca pocztówkę, który pisał, żeby brat przywiózł mu bieliznę, bo był w Zakładzie Poprawczym w Chojnicach. Mój brat zaraz, bo nie było komunikacji takiej, więc wsiadł na rower i pojechał do tego Zakładu Poprawczego, ale tam już ojca nie było. Tak, że zaraz osiemnastego został zamordowany.
Kino i oczekiwanie na ojca. Życie w czasie okupacji
– W czasie okupacji mama pracowała. Ja dostałam przez Arbeitsamt pracę w kinie, siostry moje też pracowały, a dwaj bracia, jakiś Niemiec zabrał ich do Generalnej Guberni, żeby nie poszli do wojska i przez całą okupację byli w Tarnowie.
– Ja byłam w Brusach, pracowałam w kinie, sprzedawałam bilety. Grane były wtedy tylko i wyłącznie niemieckie filmy. Jeszcze pamiętam takie były bardzo fajne aktorki. Niektóre filmy były dobre. Przed filmami były wyświetlane kroniki Wochenschau. Niemcy byli pokazywani jako zdobywcy.
– Na jeden film, był taki tylko dla Niemców "Jud Süß", i z tego filmu mnie wyprosili, powiedzieli, że to jest dla Niemców i niestety Polka nie może oglądać.
– Ten szef był Niemcem, ale mnie traktował bardzo dobrze chociaż wiedział, że jestem Polką.
Urszula Steinke przyznaje, że dla niej - jako nastoletniej wówczas dziewczyny - najtrudniejszy podczas okupacji był brak ojca.
– Nie wiedzieliśmy gdzie jest. Przyjechała jakaś Niemka, poszła do Chojnic do starosty. Był taki starosta Jeager. I ona poszła zapytać się co się stało z moim ojcem. On powiedział, że tyle co on wie, to że ojciec jest w Stutthofie. Więc myśmy myśleli, że ojciec jest w Stutthofie, ale niestety żadnych wiadomości nie było. Tak zawsze czekaliśmy na tę wiadomość. Ja chodziłam stale na dworzec, myślałam, że on wysiądzie, ale niestety...
Rosjanie, wódka i pianino. "Jeszcze Polska nie zginęła"
W końcu wojna dobiegała końca. Pamięta Pani ten moment, kiedy się dowiedzieliście, że Rosjanie idą od wschodu?
– Pamiętam, jak Rosjanie wkraczali do Brus. Jak jeszcze Niemcy byli, to musieliśmy czyścić drogę, żeby Niemcy mogli uciekać, bo to jeszcze była zima.
– Do Brus oni [Rosjanie - przyp. red.] dotarli 4 marca 1945 roku. Myśmy poszły do góry, na strych. Chcieliśmy zobaczyć jak oni wyglądają. No i jak weszli, to przyszli do domu do nas, i przyszedł kapitan też. Oni weszli i po pokojach chodzili, tak jakby u siebie, wszystkie szafy pootwierali itd. Myśmy się na to patrzyli tak jakoś dziwnie.
– Jak Rosjanie weszli, to przyszedł chyba ten młody kapitan, pierwsze co zagrał na pianinie to było "Jeszcze Polska nie zginęła". Czy pan wie, że myśmy wszyscy płakali? To był taki miły dzień. Naprawdę było przyjemnie, że Jeszcze Polska nie zginęła. To było coś wspaniałego.
– My, jak u nas w domu przesuwaliśmy pianino, to zawsze poszło parę mężczyzn, żeby to delikatnie, a oni jechali przez wszystkie pokoje, tam nie patrzyli tylko przesuwali to pianino.
– Potem wieczorem ten kapitan urządził u nas przyjęcie. Nalewali wódkę w dużych szklankach, to myśmy patrzyli, bo u nas się w kieliszkach piło wódkę, a oni w dużych szklankach. Potem przyszli tacy prości żołnierze i ten kapitan ich po prostu wygnał od nas i kazał drzwi zabić gwoźdźmi, żeby nikogo w nocy nie wpuszczać. To był pierwszy dzień naszego oswobodzenia z zamkniętymi drzwiami.
Zakopany samochód, powrót do szkoły i ekshumacje
– Potem cieszyliśmy się, że mamy Polskę. Dowiedziałam się, gdzieś w kwietniu czy maju to było 1945 roku, że w moim gimnazjum zaczynają się lekcje. No i pieszo szliśmy do szkoły z Chojnic, żeby się do szkoły zapisać.
– A w tym Świdrze, zostawiliśmy to nasze Renault. Moi bracia wykopali tam dół i chcieli, żeby ten samochód tam pozostał, żeby wziąć go po wojnie. No i po wojnie, jak już Rosjanie byli, mój brat pojechał tam do tej Warszawy, do tego Świdra zobaczyć czy samochód jest. Samochód był, ale nie miał kół, ale była walizka, mój ojciec zabrał wszystkich dzieci, od pierwszej klasy aż do końca. I wszystkie świadectwa były, ale samochód kół nie miał.
– W 1945-46 roku dowiedzieliśmy się, że w Dolinie Śmierci już kopią. Ja z koleżanką, z którą chodziłam do szkoły, ona też była z Brus szła ze mną właśnie do Doliny Śmierci, żeby zobaczyć. I tak się cieszyłam, bo nie znalazłam ojca. Ale był taki pan Jednoralski, u którego mój ojciec leczył zęby i on się mnie pytał "znalazłaś?". Ja mówię "nie, nie znalazłam". On mówi "zobacz" i zaprowadził mnie i tam był już kamasz, który mój ojciec nosił. On miał buty na zamówienie zawsze. I ten kamasz on pokazał i tam właśnie znaleźliśmy ojca w Dolinie Śmierci.
Wspomnienia wracają
Każdego roku 1 września pani Urszula bierze udział w uroczystościach upamiętniających ofiary hitlerowskich zbrodni w Dolinie Śmierci. Jak mówi wspomnienia stale wracają.
– Stale wracają, niestety. Tylko żałuję, że moje dzieci nie znały mojego ojca, bo naprawdę lubił dzieci. Mimo, że nas była ósemka, ale dla każdego był naprawdę super.
ZOBACZ WIĘCEJ NA TEN TEMAT:
















