Nie zgadzają się z działaniami prokuratury i piszą do najważniejszych osób w państwie. Rodzice łódzkich harcerzy, którzy w sierpniu 2017 roku wypoczywali na obozie w Suszku, uważają za bezzasadne prokuratorskie zarzuty wobec obozowej kadry.
- Ci ludzie są dla nas i naszych dzieci bohaterami. Uratowali je, postępując zgodnie z ustalonymi procedurami, w sytuacji kompletnego zaskoczenia, bo nie mieli informacji, że zbliża się nawałnica - mówi Weekend FM mama jednego z młodych harcerzy Iwona Piątek:
- My byśmy chcieli wiedzieć, dlaczego cała kadra obozowa i wszystkie dzieci zostały pozostawione w tym lesie same sobie. Warto zwrócić uwagę na fakt, iż każdy obóz harcerski zostaje odpowiednio wcześnie zgłoszony. Wie o takim obozie kuratorium oświaty, wiedzą jednostki typu PSP, są kontrole z Sanepidu.
Na obozie w Suszku, w trakcie pamiętnej nawałnicy, zginęły dwie harcerki. Zdaniem Iwony Piątek, prokuratura stawia zarzuty obozowej kadrze, bo chce szybko zakończyć śledztwo w tej sprawie. Od niemal dwóch lat prowadzi je Prokuratura Okręgowa w Słupsku.
Do tej pory zarzuty usłyszały dwie osoby: zastępca komendanta obozu i były dyrektor jednego z wydziałów w chojnickim starostwie. Na zastępcy komendanta ciąży zarzut umyślnego narażenia dzieci na niebezpieczeństwo i nieumyślne spowodowanie śmierci dziewczynek.
Jak nieoficjalnie wiadomo, jeszcze w kwietniu prokuratura przedstawi zarzuty także komendantowi obozu.
Rodzice łódzkich harcerzy uważają to za niesprawiedliwe i piszą listy z prośbą o pomoc, m.in. do prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry i prezydenta RP Andrzeja Dudy. - Prezydent spotkał się z naszymi dziećmi po tragedii, mówił dużo o bohaterstwie harcerzy, ale jego odpowiedź na nasz list nas nie satysfakcjonuje - dodaje Iwona Piątek.















