Zdaniem Ulatowskiego w szpitalu w Człuchowie nie udzielono pomocy jego żonie, bo na miejscu nie było lekarza. Pomogli, jak mówi, dopiero lekarze w Chojnicach.
Żona pana Ludwika od lat choruje na serce. Przed tygodniem odczuwała bóle w klatce piersiowej, więc mąż pojechał z nią na izbę przyjęć.
„Podejrzewałem, że to był zawał, wtedy była godzina 16:00” – mówi Ludwik Ulatowski z Wierzchowa Człuchowskiego:
„Miałam straszny ból zamostkowy” – wspomina Lidia Ulatowska:
Państwo Ulatowscy, jak dodają, po godzinnym oczekiwaniu zdecydowali się jechać do Chojnic.
Władze człuchowskiego szpitala wszczęły w tej sprawie postępowanie wyjaśniające. Zdaniem pełniącego obowiązki zastępcy dyrektora człuchowskiego szpitala Andrzeja Millera, stwierdzenie, że lekarz przyjmie pacjentkę od godziny 18:00 faktycznie mogło paść. Wynika to wprost z systemu służby zdrowia narzuconego przez NFZ:
Jak dodaje doktor Miller, w tym przypadku pielęgniarka poinformowała, że potrafi odróżnić osobę ciężko chorą, która wymaga natychmiastowej pomocy od osoby, która jest chora, ale takiej pomocy nie wymaga.
Poza tym z relacji pielęgniarek wynika, że wizyta państwa Ulatowskich w człuchowskim szpitalu musiała być o wiele krótsza niż twierdzą, bo nie została nawet odnotowana w książce izby przyjęć:
Ci byli już w drodze do szpitala w Chojnicach. Właśnie tam ostatecznie Lidia Ulatowska spędziła noc.
Jak się dowiedzieliśmy w chojnickim szpitalu, lekarz, który badał kobietę, stwierdził, że istnieją objawy, które mogą sugerować tak zwany ostry zespół wieńcowy. Została więc w szpitalnym oddziale ratunkowym na obserwacji.
Po przeprowadzeniu badań wykluczono jednak wcześniejszą diagnozę i pacjentka następnego dnia opuściła placówkę.















